Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!


Strona główna
Aktualności

Ogólnie

Wstęp na zamek
Dojazd
Parking
Stan obecny
Historia

Władcy zamku
Ciekawostki
Legendy

Turystyka

Artykuły
Galeria

Księga gości
Warto zobaczyć

Kontakt
Bibliografia

 

 


 

 

     Legendy

LEGENDA O PRZEJŚCIU PODZIEMNYM

W położonym nad Dunajcem Melsztynie, na wyniosłej skale, sterczą zwaliska starodawnego zamku. Jego fundatorem był protoplasta rodu Tarnowskich i Melsztyńskich - Spicymir herbu Leliwa. Warownia ta wzniesiona została w 1340 roku. Od młynów pozakładanych u stóp góry zamkowej, zamek nazwano Mellstein, Mylstein (kamień młyński), co lud okoliczny przerobił na Mielsztyn, a następnie na Melsztyn.
Legenda utrzymuje, iż zamek w tym miejscu stał jeszcze wcześniej i, że przez jakiś czas mieszkała w nim bł. Kinga.  W XV wieku zamek był ośrodkiem ruchu husyckiego w Polsce. Kierował nim Spytek z Melsztyna. W 1511 roku podupadli Melsztyńscy sprzedali zamek Mikołajowi Jordanowi z Myślenic. W czasie potopu szwedzkiego zamek obronił się przed wojskami Karola Gustawa. Został zniszczony dopiero w czasie walk konfederatów barskich, a czego nie dokonała wojna, tego dopełniły poszukiwania za skarbami i rozbiórka murów na budulec.
Pozostałe ruiny, to dzisiaj resztka dużej wieży oraz nikłe resztki murów zamkowych budynków. Wśród ruin znajduje się wejście do lochów, które według legendy miały ciągnąć się pod Dunajcem aż do odległego o 3 km klasztoru reformatorów w Zakliczynie.
Według opowiadanej z pokolenia na pokolenie miejscowej legendy lochy mają być również pod całym podwórzem zamkowym i jak mówi legenda zostały w nich ukryte ogromne skarby strzeżone przez szatana. Podobno jakiś śmiałek zapuściwszy się raz na szukanie skarbów, zamiast nich znalazł beczkę starego wina - "tak starego, że się już tylko trzymało w skorupie przez czas narosłej, bo całe drzewo beczki było już zupełnie przegnite". Miały być w lochach również "stajnie podziemne, które służyły za kryjówki od nieprzyjaciela.
Jak dotychczas jest to tylko żywa legenda. Nikt do tej pory nie sprawdził czy to jest prawda czy nie?. Zresztą kto to teraz odgadnie?

LEGENDA O STARCU


W położonym nad Dunajcem Melsztynie, na wyniosłej skale, sterczą zwaliska starodawnego zamku. Jego fundatorem był protoplasta rodu Tarnowskich i Melsztyńskich - Spicymir herbu Leliwa. Warownia ta wzniesiona została w 1340 roku.
W XV wieku zamek był ośrodkiem ruchu husyckiego w Polsce. Kierował nim Spytek z Melsztyna. W 1511 roku podupadli Melsztyńscy sprzedali zamek Mikołajowi Jordanowi z Myślenic. W czasie potopu szwedzkiego zamek obronił się przed wojskami Karola Gustawa. Został zniszczony dopiero w czasie walk konfederatów barskich. Do legendy przeszedł wnuk fundatora zamku, Spytko II Leliwita, który sławą i znaczeniem przyćmił swego dziada. Miał niespełna osiemnaście lat, kiedy mianowano go wojewodą krakowskim. Za zasługi przy wprowadzaniu na tron polski Jadwigi otrzymał liczne włości na Śląsku i część Podola jako lenno. Poślubił najpiękniejszą i zarazem najbogatszą dwórkę królowej - Elżbietę, córkę wielkorządcy Siedmiogrodu Emeryka Laczkfi. Ich związek trwał 12 lat. Bogactwo i szczęście Spytka było przedmiotem zawiści wielu ludzi, aż w roku 1399 Spytko zginął w bitwie z Tatarami pod Worsklą. Wdowa opłakawszy męża poślubiła śląskiego Piasta, księcia zębickiego Jana.

Według legendy Spytko miał przewidzieć wynik bitwy i swoją w niej śmierć. Dalej legenda mówi o poselstwie Spytka do wodza Tatarów Edyga, który szanując Spytka jako dzielnego rycerza miał mu zaproponować, aby w czasie bitwy włożył na głowę kapelusz wodza Tatarów, a żadna strzała tatarska miała go wówczas nie dosięgnąć. Spytko jednak odmówił mówiąc, że "Polak tatarskim kapeluszem nie osłania się przed wrogiem." Odjechał nie wziąwszy kapelusza, choć wiedział, że zbliżająca się walka będzie pogromem wojsk polskich i litewskich. Jak podaje legenda żona Spytka nigdy nie uwierzyła w śmierć męża, zresztą nikt nie odnalazł ciała, ani też nie widział wśród jeńców tatarskich. Na powrót Spytka czekała trzydzieści lat, wychodząc codziennie na wieżę melsztyńskiego zamku i wyglądając jego powrotu z dalekiej wyprawy. Po owych trzydziestu latach, w mroźną i ciemną noc do bram zamku, pukał jakiś pielgrzym i prosił by go wpuszczono, lecz straże nie otworzyły drzwi i nie wpuściły ubogiego starca. Pani Elżbiety nie było już w zamku, nie doczekawszy się powrotu męża wstąpiła do klasztoru (wg. legendy). Jedni mówili, że był to pielgrzym wracający z Ziemi Świętej, drudzy szeptali, iż był to "książę Podola", Spytko z Melsztyna, który przedarł się z jasyru i wrócił do żony ... Ale nikt go nie poznał, nikt go nie wpuścił do zamku ... Opowiadano długo, że biedny starzec pod murami zamku siadł, szeptał imiona swoich dzieci i imię żony i tylko echo od murów zamkowych mu odpowiadało i szmer Dunajca rozumiał jego szepty. Nikt nigdy nie dowiedział się prawdy, co się stało z bohaterem spod Worskli. Któż teraz odgadnie?.

LEGENDA O RYCERZU


Onegdaj mieszkał na zamku potomek fudatora warowni. Również Spytko, który dorównał ojcu sławą, choć innego rodzaju. Ożenił się z córką wielkopolskiego magnata - Dorogosta z Szamotuł - Beatryczą. Pod wpływem teścia i żony młody Melsztyński został wyznawcą Jana Husa. Ten fakt przysporzył mu wielu wrogów wśród duchowieństwa. Kiedy Spytko sprzeciwił się rządom Biskupa Oleśnickiego, który po śmierci Jagiełły opiekował się małoletnim Władysławem, biskup zagroził mu klątwą kościelną. W 1439 roku w Nowym Mieście Korczynie doszło do zawiązania konfederacji, co doprowadziło do bitwy pod Grotnikami, w której Spytko i jego stronnicy ponieśli klęskę. Nad rannym Melsztyńskim odprawiono sąd, ogłaszając go zdrajcą. Bez zbroi i szat pozostawiono go na polu bitwy, gdzie zmarł. Ciało jego leżało jeszcze przez trzy dni w tym miejscu, zanim wdowie i dzieciom zezwolono je pogrzebać. Od tego czasu, pojawia się podobno na drodze wiodącej do zamku, postać rycerza w zbroi, jadącego wolno z rozwianym proporcem. Czasem wychodzi mu na spotkanie zjawa kobiety w bieli. Daje się słyszeć też przybliżający się tętent kopyt oddziału konnego ...

 

LEGENDA O DIABELSKIM TRANSPORCIE


Przed laty, jak głosi legenda, powstała myśl wybudowania zamku w Melsztynie. Głowiono się skąd wziąć kamienie na fundamenty. Odpowiednie do tego celu znaleziono w Górach Świętokrzyskich. Jak je przetransportować? Zwrócono się do czarownic na Łysej Górze, aby pomogły zrealizować ten zamiar. Gdy omówiono wszystkie warunki, spisano umowę na bawole skórze tej treści:
My łysogórskie czarownice zobowiązujemy się do przeniesienia kamieni kwarcowych w rejon budowy zamku melsztyńskiego angażując do tego naszych pobratymców diabłów z ich hersztem Borutą na czele. W zamian za dostarczony kamień my czarownice mamy otrzymać w wieczne władanie kępy naddunajeckie i wolnie z nich czerpać wiklinę na miotły potrzebne do naszych lotów. Gdyby choć jeden kamień nie dotarł na miejsce budowy, zrzekamy się jakiegokolwiek wynagrodzenia za wcześniej dostarczone. Termin wykonania w ciągu roku od daty podpisania umowy". Umowę podpisano w jesieni i opieczętowano. Przystąpiono do realizacji.
Ta ciężka praca odbywała się tylko nocą i to w czasie nowiu. Mimo to rosła góra melsztyńska jak na drożdżach. Właściciel Melsztyna codziennie liczył przyniesione kamienie, które wcześniej opatrzył swoimi znakami, aby żaden z nich nie zginął. Transport szedł droga powietrzną, z diabelską siłą, w linii prostej z Gór Świętokrzyskich do Melsztyna. Trasa przebiegała 2 km na zachód od Wojnickiego rynku. Strach nawet pomyśleć co działo się w powietrzu? Jaki okropny szum, jakby huragan, ale na dworze ani trawka nie zadrżała. A jaki wielki smród siarki i smoły? Mieszkańcy Wojnicza i okolicy nie wychodzili ze swoich domów ze strachu i nieprzyjemnej woni.
W połowie września następnego roku po bardzo upalnych dniach czuć był zbliżającą się burzę. Ogromna błyskawica rozdarła wschodnią połać nieba. Do rzadkości należy takie zjawisko, aby burza nadciągała ze wschodu. Zerwał się huraganowy wiatr. Tej nocy nikt nie spał w Wojniczu. Burza połączona z wyładowaniami elektrycznymi napędzała strachu mieszkańcom, jednak wszyscy cieszyli się, że oddychają świeżym powietrzem. Około północy dał się słyszeć straszny huk, bez błyskawicy. I nagle zrobiła się cisza. Pokazały się gwiazdy. Kupcy i rzemieślnicy wojniccy zaraz wyruszyli za swoimi towarami na jarmark do Krakowa. Bramy grodu otworzono, spuszczono mosty zwodzone, a po odjechaniu ostatniej furmanki zamknięto miasto. Droga była wyboista, kałuże po deszczu były dość duże, błota jednak było mało, gdyż ziemia była wyschnięta i nadmiar wody szybko wchłonęła. Burza była straszna ale stosunkowo mało spadło deszczy. Konie parskały a woźnice i pasażerowie pojazdów konnych wesoło śpiewali. Tak przejechali Piaski, Wolice, Podlesie i Śniadki zbliżając się do Biadolin. W ciszy minęli kapliczkę św. Piotra i Pawła po prawej stronie, stojącą w pewnej odległości od drogi. Zbliżano się do mostku na rzece Piotrówce, która swój początek bierze ze źródełka ocembrowanego przy kaplicy świętych. Konie stanęły jak wryte i ani po dobroci, ani po złości nie chciały ruszyć dalej. Usłyszano postękiwanie i okropny dał się odczuć smród. Włosy na głowie stanęły dęba wszystkim podróżnym. Nie było innej rady jak zawrócić do Wojnicza i powiadomić o tym wójta. W tym czasie wójtem był człowiek niepospolitej sił i odwagi. Nadzwyczaj ludzki, spieszący z pomocą wszystkim którzy tej pomocy potrzebowali.
Od dłuższego czasu Wojniczanie już wiedzieli o budowie melsztyńskiego zamku i o transporcie kamieni przez diabły na jego budowę. Zaraz też podejrzewano, że w czasie transportu tych kamieni, w związku z tą huraganową burzą, musiał się zdarzyć jakiś diabelski wypadek.
Gdy zbudzono wójta, zaraz się ubrał, od kowala zabrał silne łańcuchy i wyruszył ze śmielszymi parobczakami na wskazane miejsce. Zachowując wszelkie środki ostrożności, stwierdzono, że burza zniosła diablików z ładunkiem kamieni nad kapliczkę św. Piotra i Pawła i św. Stanisława. Tu zachwiała się moc czartowska i transportujący upuścili kamienie. Jeden kamień największy spadł niedaleko kapliczki św. Stanisława. Zarył się w ziemię bardzo głęboko, tylko mu czubek widać. Dwa dalsze spadły na wzgórzu za rzeczką Piotrówką, przywalając swoim ciężarem diabła, który je transportował, a za wszelką cenę chciał je utrzymać. Był to dość dobry diablik. Niejedną rzecz zrobił nie po diabelsku, więc miano na niego oko w piekle. Chciał się czymś wykazać. Nie udało się. Leży zemdlony pod kamieniami. Myśli sobie wójt wojnicki: "skoro diabły mają taką siłę, to zakuję go w łańcuchy i będę miał pomoc nie lada" Oszołomiony uderzeniem diabeł ani wiedział co go czeka. A wójt zamiar swój zrealizował. Zakuto diabła w łańcuchy, wsadzono na wóz i przywieziono do Wojnicza. Wójt zamknął diabła w swojej sieni i poszedł spać. Po jakimś czasie diabeł przyszedł do siebie. Omdlenie minęło, zerwał łańcuchy i uciekł. W ciągu dnia przychodzą ciekawscy wojniczanie do wójta, aby oglądnąć zdobycz diabelską, a tu nic, tylko same łańcuchy oblane smołą.
Śmiano się z wójta. Jakiś domorosły "poeta" ułożył wierszyk, a kompozytor dorobił melodię i cały Wojnicz śpiewał:

Ej, u wójtostwa w sieni,
Ej, diabła uwiązali,
Ej, ale się im urwał,
Ej, bo mu jeść nie dali,
Ej, bo mu jeść nie dali,
Ej, do pracy gonić chcieli,
Ej, urwał się im urwał,
Ej, i tak go diabli wzięli.

Później słowa "wójtostwa" zamieniono na "burmistrza".
te trzy zagubione kamienie na polach biadolińskich były ostatnimi na ukończenie zamku melsztyńskiego. Pan na Melsztynie bardzo się denerwował, że nie może ukończyć fundamentów z powodu brakujących kamieni. Jest przecież czas nowiu, dlaczego transport kamieni nie przychodzi. Mijały dni a tu nic. Musiało się coś stać. Brakujące trzy kamienie stanowiły wyrwę w fundamentach, ale można temu zaradzić. W sercu czuł nawet radość, że umowa z czarownicami została zerwana. Kępy naddunajeckie nie przejdą we władanie czarownic łysogórskich.
Diabeł uciekinier z wojnickiego wójtostwa błąkał się po okolicy. Bał się wrócić do piekła. Działy się więc dziwne rzeczy i to dobre. To komuś drzewa narąbał, to trawy ukosił a zawsze temu co był słaby i chory. Czarownice zawzięcie szukały tego diablika i właśnie przy dobrych uczynkach go złapały. Skazały go na karę straszenia na biadolińskim wzgórzu za rzeczką Piotrówką. Ale jaki to był strach? Chodził w okolicy tego wzgórza w różnych postaciach. Widziano go jako dziada, to znowu szlachcica., wilka a nawet czarnego kota. Nikomu nic złego nie zrobił, jak widział ludzi to przed nimi uciekał, lecz nigdy nie wiadomo co w tym lichu siedzi. Było to przy krakowskim trakcie, bardzo ruchliwym, postanowiono szybko skończyć z tymi strachami. Wystawiono na wzgórzu figurkę kamienną Matki Boskiej z Dzieciątkiem na kamiennym słupie. Na tym słupie umieszczono płaskorzeźby z postaciami: na froncie św. Wojciecha i św. Stanisława, od wschodu św. Małgorzaty, od zachodu św. Józefa a od północy św. Tekli. Posadzono lipy. Pozostawiono te dwa zgubione kamienie na wschodniej i zachodniej stronie figury, które nie dotarły na zamek melsztyński. Do dnia dzisiejszego można je tam zobaczyć.

zakliczyn.com

 

Galeria:






 

 

 

Copyright (c) 2007 - 2010 by pitos. Wszelkie prawa zastrzeżone